Ciąg dalszy przygód w Dźwirzynie

Dzisiaj pora na opowieść, co poza uczestnictwem w III Ogólnopolskim Zlocie Mopsów robiłam w Dźwirzynie.

Najpierw odwiedziłyśmy z Państwem ekipę Domi w kuchni w Dygowie. Było przepysznie, nawet dostałam swoje jajo na śniadanie. I jeszcze raz przepraszam za tę mokrą plamę na dywanie… mam nadzieję, że nie ma po niej śladu ;)

Tuż po przyjeździe do Dźwirzyna poszliśmy w odwiedziny do hacjendy Mili i Łobuza w Białej Mewie.

Łobuz była na tyle miły (i chyba zmęczony), że pozwolił mi bawić się swoim Zenonem.

Choć cały czas zerkał, czy aby nie przesadzam i nie dręczę zbytnio jego kumpla ;)

Ale najlepsze były wspólne wypady na plażę.

Mila i Łobuz szalały, ja trochę mniej, ale i tak wybawiłam się świetnie.

Próbowałam się nawet wykąpać…

Ale lodowata woda skutecznie mnie od tego odstraszyła.

Polowałam na wodorosty na plaży i cieszyłam się słoneczkiem.

Później i tak znalazłam się w wodzie, dzięki cioci Zuzi… Ale jak to nie być nad morzem i nie popływać?

A po tych wszystkich przygodach mogliście w Dźwirzynie zaobserwować takie dziwne zjawisko. Nie nie, to nie szynka z mopsa, ale mops w hamaku ;)

Na plaży bywało bardzo gorąco.

Fredzik szybko padł.

A jego przyszywana siostra Fara chłodziła się w specjalnie wykopanym dla niej dołku ;)

Czarne mopsiki podczas upału mają najgorzej…

Choć po minie Luny na tym zdjęciu, zastanawiam się czy ona po prostu się nie wygrzewała w słoneczku ;)

Niektórym mopsom właściciele tworzyli osłonięte od słońca i wiatru legowiska. Iście królewskie.

A ja nawet trochę pobawiłam się swoją ośmiornicą ;)

Zrobiłam sobie pamiątkową fotę z Czubisławem.

I byłam na obiedzie razem z Państwem i ekipą Mili i Łobuza.

Ostatniego dnia pobytu wybraliśmy się na spacer po wydmach :)

Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie te zajadłe mrówki. My wyszliśmy z Pańciem cało z tej potyczki. Pańci została niestety pamiątka w postaci opuchlizny na pół uda :(

Żal było wracać…

Poszliśmy jeszcze obejrzeć ostatni zachód słońca…

Już myśleliśmy, że nic nie będzie, bo chmury zakryły niebo, ale słońce znalazło jakąś małą szczelinę tuż przed zachodem.

Dzięki wspaniałej chustce od Peanut Butter Jelly Time nie wiało mi w uszka ;)

A byłam już naprawdę zmęczona…

Nie chciałam nawet zejść z ręcznika, więc Pańcio woził mnie po plaży :)

A tak się czułam ostatniego dnia ;)

Za rok postaramy się znów dotrzeć nad morze :)

Leave a Reply

*